|
sobota, 14 stycznia 2012
Foliowanie
Nie ma odwrotu. Przede mną dobytek ofoliowany. Nie ma tego wiele jak na trzydzieści parę lat gromadzenia. Część wylądowała w workach u pani sąsiadki. Część w śmietniku - w tym moje ślubne ciuszki i kultowa, brązowa aktówka, z którą obnosiłem się po L. w duecie z brązowym płaszczykiem. Taki los. Lubię gromadzić, bo wtedy łatwiej mi pamiętać. Niestety uwidoczniony niespodziewanie sublokator czający się w szafie wykończył ślubne wspomnienia nadając im zielonkawy odcień i woń francuskiego sera. A teczka była na studencką kieszeń, więc wiele już by nie udźwignęła. Zabrała ze sobą do towarzystwa torbę z samorządowym logo. Kiedy to było? Już 10 lat. Wracamy do tu i teraz. Obok MŻona dobiera kolor wykładziny, która wkrótce legnie w dziewczęcym pokoju. Bardziej podobają się nam jasne, ale pierwszy i kolejne soki wyryją się na niej niczym w kronice Gala wolącego pozostać anonimowym. Omawiany pokój stoi już pusty, z małą Tosią śpiącą pod ścianą. Lusi towarzyszy obklejona podwójnie szafa. Myślimy jak niedługo będzie pięknie i to nas trzyma na kanapie, bo obiektywnie powinniśmy sami owinąć się w folię i obudzić, gdy będzie po wszystkim. Nawet odnalazłem orzeszki w miodzie do pogryzania. Cisza przed burzą. W poniedziałek zjawią się panowie od demolki. Wyłupią framugi. Potem zjawimy się my. Zedrzemy folie i wymalujemy. Na koniec montaż - 4 drzwi, 2 szafy, w lutym dojadą mebelki. I już. Ale tymczasem musieliśmy 2/3 mieszkania zmieścić na jego 1/3 i zakryć przed obłokami tynku i betonu, które tu wkrótce będą szukać dziury w całym. Wszystko w nieustannej asyście dwóch latorośli, z których jedna miała sensacje żołądkowe, a obie wielkie zapotrzebowanie na nasze osoby.Tak, tak, o mało nie wywieźli nas do Piątek:) Nasze mieszkanie wygląda jak chatka Muminków szykujących się na sen zimowy. I wszystko się zgadza - za oknem zrobiło się biało. Wygodniej bez śniegu, ale zaczynałem się już niepokoić. Parę cytatów na koniec. Tosia jest bardzo taktowna i kulturalna, więc gdy pragnie, by mama zamilkła w domu rozlega się "Mamo! Daj nam ciszę!". Pewnego dnia natomiast słyszę od pierworodnej: - Zobacz, jak się trzęsę. - No właśnie, czemu tak się trzęsiesz? - Bo jestem kosiarką. Kocham dziecięcą wyobraźnię. Przerasta naszą o pięć długości. To do następnego. Jeśli się uda - napiszemy jak idzie. Jeśli nie - jak poszło. Trzymajcie kciuki. APDEJT 16 stycznia, 22:31 Doniesienia z frontu - wszystko pokryte murem. Naoczny świadek relacjonował, że wygląda tak samo jak wcześniej, tylko bez drzwi. Osobiście sprawdzimy jutro, inaugurując zaprowadzanie ładu w miejscu, które go teraz bardzo potrzebuje. Woziłem się dziś z prawdziwą przyjemnością prywatnym autobusem - jak dawniej. Bilet podrożał, jedna linia zbankrutowała oddając pole drugiej, ale ogólnie - po staremu. I od razu zasłyszany cytacik antykryzysowy (jak ktoś gada w autobusie, to trudno nie słyszeć): "Wiesz co, nie będę przedłużać. Zadzwonię jutro z pracy to sobie pogadamy na spokojnie". Jestem spokojny o naszą gospodarkę:) cdn. APDEJT 25 stycznia, 00:31 Minęło 9 nietypowych dni bez drzwi. Czas żonglerki godzeniem remontu, pracy, dojazdów, noclegów, zakupów. Tak, z rutyną zerwaliśmy na pewno - i to nie tylko własną, ale narzuciliśmy rewolucję całkiem sporemu gronu osób z sąsiadką włącznie. Przyjdzie czas na podsumowania. Bo ogłaszanie końca byłoby przedwczesnym okrzykiem triumfu. Od wyjścia ekipy montażowej (wtorek, czyli już wczoraj) zaczęliśmy walkę o powrót do normalności. Niewyobrażalne wyzwanie z zakresu sprzątania lokali mieszkalnych. Zmagania z pyłem, foliami, kosmetyczne szpachlowanie i ciągle wyrównywanie kolorów na styku ściany z sufitem. Szorowanie pomalowanych kafelków, wanny, zlewu, parkietu. Drzwi stoją jednak i to się liczy. Wyglądają godnie. Chyba warto było. Tymczasem wokół nich jeszcze nieforemne dziury, które mamy nadzieję pożegnać jutro. Nie chce też dojechać wykładzina, co wstrzymuje całą operację urządzenia pokoju dziecięcego. I takie tam rozterki. Ale już blisko, tuż tuż. I dobrze, bo dłużej byśmy nie pociągnęli. Zaczynam rozumieć tych, którzy mówią, że drugi raz domu by nie budowali:) cdn.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
10
Na plusie. Tyle dziś wyświetliła nasza parapetowa stacja pogodowa. Warto to odnotować dla potomnych. W TV narzekali na brak wody w studniach. Anomalie! Nic więc dziwnego, że i trzewia mogą strzelić focha. Jak już wiecie rok witałem niczym mnich buddyjski - w pozie ukorzonej, w miejscu odosobnienia. Zamiast wybić się z impetem z progu nawet nie wylazłem na belkę. Dziś już bym skoczył, ale po zawodach. Ale co było, a nie jest... Dziś wszedł pierwszy w tym roku posiłek - pomidorowa MŻony, którą mógłbym jeść na okrągło. I jedną, i drugą;) Postanowienia to podobno przeżytek, teraz wszyscy fridom. Ale jak się upubliczni to ponoć większy zapał do realizacji, więc zachęcam. Moje wkrótce. Justynka wyszła z jakże słusznym konceptem balu. Lokalizacja - prawie pod blokiem. Termin lutowy - praktycznie ostatki. Nie mogliśmy nie skorzystać. Kiedy to ostatnio nam się tańczyło? U Ani i Pawła w czerwcu. Raz w roku to i tak dobra średnia:) Było dziś u nas kolędowanie. Ksiądz wpadł i wypadł, pędząc gdzieś dalej. Zapowiedział się za 2 lata.
niedziela, 01 stycznia 2012
2012
Czas oswoić się z nową cyfrą. Czas na pierwszy wpis. Cyfrę witaliśmy w przemiłym towarzystwie autorki zaprzyjaźnionego bloga z rodziną, czyli, a jakże, Gładkich. Dzieci miały dużo frajdy, dziewczyny przygotowały cały stół smakołyków. I tylko tatusie trochę wygaszone. Jeden uszkodził palca, drugiego ścięły żołądkowe sensacje jeszcze zanim dał im jakikolwiek powód. I tylko mam nadzieję, że to lipny przesąd z tym "jaki nowy rok taka reszta". Bo spędzam go raczej nieciekawie - nie licząc trójkowego topu, którego tym razem wysłucham skrupulatnie prawie od deski do deski. MŻona z dziewuszkami wybyła na poprawiny, a ja dochodzę do siebie. Ale nie marudzimy, nie marudzimy. Co chcę zapamiętać? Turkusowe nogi MŻony. Tosieńkę w czasie zagadek rozpoznającą w wujku słonia i prezentującą grę w koszykówkę i hokeja. Czy już bardzo śpiącą podziwiającą na moich rękach panoramę fajerwerków z mieszaniną zachwytu i dystansu. Lusieńkę próbującą dzielnie dotrzymać kroku starszym w zabawie. Ostatnio coraz skuteczniej zapożycza od Dużych różne słówka. Gdy wybuchy za oknem jeszcze nie spowszedniały po kolejnej odpalonej przez kogoś petardzie zamarła, uniosła główkę i z pytającymi oczkami powiedziała "Co to?". I oczywiście zacnych Gości, którzy sprawili nam wielką radość. Było tak fajnie, że portfel Mirka postanowił zostać i zanocował z Lusinym łóżeczku:) Ogołocony z gotówki wrócił dziś do właściciela. Święta, jak wszystko co dobre, nie narzucały się nam długo ze swoją obecnością. 2 dni tu, 4 dni ówdzie. W przerwie wyskoczyliśmy bez pociech do L, by na starówce spotkać Sylwków i w niegdyś ulubionej knajpie Czapki spożyć tatara. A potem 6 godzin spędzić na wspomnieniach w gronie, które zebrać już nie łatwo w jednym miejscu i czasie. Dobry czas. Miałem jeszcze pisać o postanowieniach, ale to w następnym odcinku. Ten był retrospekcją, w kolejnym podumamy o przyszłości. Dziewczęta właśnie wróciły. Muszę się dowiedzieć, co mnie ominęło.
czwartek, 22 grudnia 2011
Termin
Późno już, serial czeka, ale nie mogę nie skreślić kilku słów o tym, co było dzisiaj. 22 grudnia to nie jest najbardziej optymalny termin na urodziny. Wie coś na ten temat najwięcej moja Mother in Law, ale i MŻona przez lata borykała się z okolicznościami spychającymi jej święto na margines przedświątecznych przygotowań. Termin był na styczeń, ale gdyby się ziścił to byśmy się nie poznali i wszystko by się posypało. Więc z czasem MŻona zaakceptowała taki stan rzeczy, godząc się z faktem, że o jej urodzinach mało kto pamięta, a bliskość dat spaja dwa należne prezenty w jeden. Ale dziś było inaczej. Po północy pod poduszką znalazła wyraz pamięci męża, który od zarania znajomości dba, by traumę z dzieciństwa wynagrodzić w wieku średnim. Dziś, gdy wracałem z pracy przed klatką zderzyłem się z wybiegającym Sylwkiem. Coś tam mętnie rzucił na odchodne znikając szybko za żywopłotem i dopiero na górze dowiedziałem się, że przyjechał specjalnie, z tulipanami. No i miał nosa kiedy się zwinąć. Potem wpadły Szymony z piękną filiżanką. Połączyliśmy urodzinowy poczęstunek i przygrywkę do wigilii, którą za dobrych czasów celebrowaliśmy w większym gronie. Ale i w małym warto, gdy wiadomo już, że większe nie da rady. Na dodatek teść MŻony w wieczornym SMSie winszował wierszem jubilatce. Tyle atrakcji w dniu, w którym na ogół wszyscy stoją w kolejkach, wypatrują w oknie kurierów i taszczą choinki. Dziękujemy wszystkim, którzy pamiętali. A Tobie MŻono - wielu jeszcze lat takich jak te za nami. Bo dobrze mi z Tobą i cieszę się, że nie urodziłaś się w terminie:)
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Tatozaur
Tosia aranżuje zabawę z Tatą Tosi: - Ja będę takim niby naukowcem, a Ty będziesz kośćmi dinozaura, który już nie żyje. Na szczęście potem odwróciła role i miałem okazję być paleontologiem, który odkrywa coraz to nowe okazy i transportuje je do muzeum. Tosia w roli szkieletu jest przeurocza, gdy szeptem wspiera Tatę w diagnozowaniu co to tym razem spod ziemi się wyłoniło. Jestem pod dużym wrażeniem jej wiedzy. Recytuje trudne nazwy, opisuje unikatowe cechy poszczególnych gatunków. Do tego rośnie zasób angielskich słówek ("kiwi" po angielsku to "kiłi") i stopień skomplikowania pytań zadawanych na każdym kroku ("mamo, a co to jest błąd?"). Przykładowy dialog z zeszłego tygodnia: - Mamo, a co to jest wróg? Mama nie chcąc wprowadzać negatynych postaci do dziecięcego świata zadaje ratunkowe pytanie: - A gdzie to usłyszałaś? - No George mówi, że zadął w róg Uff, jeszcze nie teraz:) I takie to toczą się rozmowy, w które po swojemu włącza się Lusia. Obecnie bardzo pilnuje, by jedzenie nie czekało na stole i donośnie nawołuje spóźnialskich do natychmiastowego rozpoczęcia konsumpcji. Ulubione słówko "choć" nadaje się tu wyśmienicie. Wczoraj wyprawiliśmy się po choinkę. Poszło nad wyraz sprawnie. Jest tak zgrabna, że temu kto ją ścinał pewnie ręka drżała. Do tego filcowe ozdoby autorstwa mojej MŻony sprawiły, że w domu zapanował świąteczny porządek rzeczy. Jakoś tak spokojniej i bardziej beztrosko. Trochę jak załoga statku, która doświadczona szkorbutem i chorobą morską w końcu znalazła ukojenie w portowej tawernie. Może trochę falstart, ale z premedytacją. Tym razem nie postoi jak zwykle do lutego, bo zachciało nam się remontować. Ale o tym innym razem. W każdym razie nieco wcześniej zaczęliśmy, żeby się nacieszyć. Dziś mieliśmy jechać do centruma podziwiać iluminacje, ale przeszła nam ochota gdy wskazania termometru zweryfikował lodowaty wiatr. Pojedziemy innym razem. To do miłego.
piątek, 09 grudnia 2011
Po grudzie
Właśnie. Nie chcę być męczący, ale gdzieś muszę się uzewnętrznić w kolejnej próbie zachowania równowagi. Najwyżej nie przeczytacie. Ustanawiamy chyba rekord "Ginesa" w długości trwania zbiorowego stanu chorobowego. To nie do wytrzymania. Lusia - świeczki po pas. MŻona - mówi jak Kaczor Donald, mi - piszczy w przytkanym uchu. Trzeba cierpliwości Hioba, żeby to przetrwać i zmysłów nie stracić. Święta za pasem, ale nie mogę wskrzesić w sobie przedświątecznego uniesienia. Może to wiek? Nic nie gotowe. Czuję przez skórę te zakupy w ostatniej chwili, na chybił trafił. Te nerwy, że znów w Wigilię wygrzebuję mrożony filet z dna lodówki w zamykanym własnie markecie. Nawet decyzja dokąd sięudać w Święta tonie wśród chusteczek higienicznych. Nastroje trochę nam siadły. Dziczejemy. Ja mam o tyle lepiej, że dzienna rutyna obejmuje dwie lokalizacje. Dziewczęta dzień w dzień w tej samej, z dala od ludzi. O 15 zmierzch, rano nie lepiej. Próba ogniowa na wytrwałość i pokorę. Znaleźliśmy odskocznię - seriale. 45 minut na odcinek jakoś wieczorem się wciśnie. A gdy kończy się tak, że inaczej się nie da - to i 2 odcinki wejdą na raz. Serial o groźnym panu poszedł jak burza. Teraz - za poleceniem serialowego mentora Siecha - bierzemy się za serial o groźnych panach. Idę odpalić projekcję.
czwartek, 01 grudnia 2011
Kolory
Też już mieliście dość czarnego? Jeśli tak - to ucieszycie się, że wracamy do kolorów sprzed 1,5 roku. Jeśli nie - zostawiamy dla Was czarne litery;) A że ostatnio więcej oglądamy - mała aktualizacja w prawej kolumnie. Złapaliśmy bakcyla na dobre seriale. Takich w Polsce prawie się nie kręci, a jeszcze rzadziej emituje. Ale jakoś sobie radzimy. Ten z groźnym panem - majstersztyk. Za chwile teoretycznie pora seansu. Dopiero wróciłem. W domu podejrzana cisza. Dziewczyny nie doczekały się na głowę domu. Wśród wielu poświęceń rodzą się te nasze (wciąż przyszłe) fortuny.
wtorek, 29 listopada 2011
Nic pan nie zrobisz
Trwa jesień, którą zapamiętamy jako najbardziej chorowitą w dziejach naszej komórki społecznej. Co innego słyszeć, że przedszkole to niezastąpiona platforma wymiany mikrobów, a co innego doświadczyć tego na swojej skórze, a właściwie na wszystkim po trochu. Pierwszy rok dziecka w placówce przedszkolnej to naprawdę wyzwanie. A że mrozy się opóźniają ciągniemy już z ledwością, coraz mniej mężnie znosząc kolejne atrakcje. Oskrzela, krtanie, hospitalizacje, inhalacje, rotawirusy, uszy, oczy, kaszle, gardła, anginy - przerobiliśmy wszystko. Jeśli ktoś nas podsłuchuje przez ścianę może dojść do wniosku, że utrudniamy mu zadanie porozumiewając się alfabetem Morse'a pokasłując to krócej, to dłużej, a czasem charcząc dla zmyłki. 3/4 Brzezików doświadcza ostatnio czegoś na kształt śmierci społecznej nie wyściubiając nosa ani na centymetr. Mi przypadła rola prychającego łącznika ze światem, który niczym w zamkniętym klasztorze dowozi zaopatrzenie i codzienną porcję wiadomości o strefie euro, która jeszcze się trzyma, choć trzeszczy w posadach. Szwajcarzy też się trzymają, a ich waluta trzyma nas za gardło. Przez choroby nie dotarliśmy ostatnio do Gładkich na Justynkowe urodziny. Pech i żal straszny, bo towarzystwo nie widziane od dawna, a imprezy pod tym adresem słyną z obfitości i smakowitości dóbr wszelakich. Ale cóż pan zrobisz. Nic pan nie zrobisz. Dosyć kwękania. Mały Kuba wspomniał niedawno, że zagląda tu w celu swoistego relaksu i pogodzenia ze światem, gdy ten da mu kość. Nie możemy więc smęcić. Dzięki Kuba za impuls. Może tu trochę ożywimy stare kąty za Twoją przyczyną.
czwartek, 10 listopada 2011
4.
Cztery lata temu przyszła na świat nasza pierworodna. A jakby wczoraj. I tylko ta wysoka i wygadana dziewuszka uświadamia nam, że upłynęło już więcej niż jeden dzień. Co się dziś działo? Powrót do przedszkola po półtora zasmarkanego tygodnia - z kategorycznym ukryciem faktu bycia jubilatką. Żadnych czekoladek, żadnych "sto lat". Popołudniowa wizyta lubianego wujka z ciocią wypchnęła z planu dnia czwartkowe tańce. Było kameralnie. Mały torcik sernikowy, rurki z bitą śmietaną z modnej cukierni. Tata odkorkował butelkę zacnego wina, którym uraczyła się starszyzna. Prezenta zostaną zrealizowane z opóźnieniem, ale dziś zapadły decyzje i wybory. Nadeszło kilka SMSowych życzeń. Jutro jedziemy do P. świętować dalej. Ma być zamówiony tort jagodowy - kwestią otwartą jest jak babcia upora się z tym zadaniem. Tosiu - rośniesz tak szybko, że każdy tydzień to nowy rozdział, nowe odkrycia i umiejętności. To wielka frajda patrzeć, jak się rozwijasz i wielka przygoda Ci w tym pomagać. Jesteś nam wielką pociechą, źródłem niezmierzonej radości. Chciałoby się zatrzymać w pamięci choć skrawki tych dni - tak szybko mijają. Tego jak śpiewasz alfabet po angielsku, jak opowiadasz o dinozaurach, o których wiesz więcej od nas, jak dojrzale troszczysz się o Lusię, która czasem daje Ci w kość. Jesteś wyjątkową dziewczynką. Piszę, żebyś wiedziała gdy kiedyś to przeczytasz. Kochamy Cię jak tylko da się kogoś kochać.
wtorek, 06 września 2011
Wtorek
Tosia ni stąd, ni zowąd: Zaraz odwiozą mnie do piątek. Mama Tosi: Do Tworek Tosia: Zaraz odwiozą mnie do wtorek. Mama Tosi: Nie, nie - zaraz odwiozą mnie do Tworek. Tosia w końcu poprawnie (jest perfekcjonistką i nie odpuszcza nigdy): Zaraz odwiozą mnie do Tworek Mama: A kto tak mówi? Tosia: No Ty... |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Potrzebna pomoc
Ulubione
Zaprzyjaźnione
![]() ![]() ![]() | ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||